Na drzwiach mojej lodówki jest mały ceramiczny magnes.
Gdybym zobaczył go gdzieś na targu pośród setek podobnych, prawdopodobnie przeszedłbym obok bez większego zainteresowania. Nie jest duży. Nie jest drogi. A jednak należy do najcenniejszych pamiątek, jakie kiedykolwiek przywiozłem z podróży.
Za każdym razem, gdy na niego patrzę, przypomina mi pewien koncert w Lipsku. I człowieka, którego wcześniej w ogóle nie znałem.
Obok mnie stał mężczyzna po sześćdziesiątce. Miał ogoloną głowę, a pośrodku niski, kolorowy punkowy irokez. Nie jest to widok, który spotyka się na co dzień.
Nie znaliśmy się. Od czasu do czasu spoglądaliśmy na siebie i uśmiechaliśmy się. Obok niego stała sympatyczna kobieta. Wznieśliśmy toast piwem i czekaliśmy na początek koncertu.
Na tym mogło się skończyć.
Ale się nie skończyło.

Kiedy zaczął się koncert, dałem się porwać atmosferze. Podskakiwałem, śpiewałem razem z zespołem, a świat skurczył się do muzyki, wspólnie przeżywanych chwil i radości z tego, że mogę być właśnie tutaj.
Co jakiś czas spoglądaliśmy na siebie. Śpiewaliśmy razem refren. Przybijaliśmy sobie piątki. Nic wielkiego. A jednak coś wyjątkowego.
Była w tym niezwykła lekkość. Takie poczucie, że rozumie się z kimś bez długich wyjaśnień.
I wtedy coś się wydarzyło.
W środku koncertu kobieta pochyliła się w moją stronę. W dłoni trzymała mały ceramiczny magnes. Uśmiechnęła się i podała mi go. Przez chwilę stałem zaskoczony. Spojrzałem na magnes. Spojrzałem na nią. I podziękowałem jej wzrokiem.
Po koncercie rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę. Zapytałem ją o imię. Wpisała do mojego telefonu: Frau Kwiatkowa. Potem pokazała mi swoją dłoń. Była niepełnosprawna.
Powiedziała, że kiedyś robiła podobne magnesy. Dziś już nie jest w stanie.
W tej chwili ten mały kawałek ceramiki nabrał zupełnie innego znaczenia. Nagle nie był już tylko pamiątką z koncertu. Był kawałkiem jej czasu. Kawałkiem jej twórczości. Kawałkiem życia, do którego być może nie może już wrócić.
Patrzyłem na magnes i uświadomiłem sobie, jak niewiele brakowało, by ta historia w ogóle się nie wydarzyła. Gdybym nie zauważył pary stojącej obok. Gdybyśmy nie wznieśli toastu piwem. Gdybyśmy nie zaśpiewali razem kilku refrenów.
Magnes zostałby w jej kieszeni.
Gdybym nie zapytał o imię, nigdy nie poznałbym całej historii.
W drodze do domu uświadomiłem sobie, że nie dotyczy to tylko magnesów. Z ludźmi jest tak samo.
Każdy człowiek, którego spotykamy w życiu, skrywa w sobie coś, co warto odkryć. Czasem jest to historia. Czasem doświadczenie. A czasem po prostu zwyczajna ludzka życzliwość.
To od nas zależy, czy zechcemy spojrzeć głębiej. Bo nigdy nie wiemy, która rozmowa, uśmiech czy pozornie nieistotne spotkanie stanie się kamykiem, który spadnie na taflę naszego życia i pośle fale znacznie dalej, niż potrafimy sobie w tej chwili wyobrazić.
Kiedy dziś patrzę na ten magnes, nie widzę już magnesu. Widzę Frau Kwiatkowę. Widzę jej partnera z kolorowym irokezem. Słyszę refreny piosenek, które śpiewaliśmy razem.
I przypominam sobie, że większość ludzi wokół nas jest o wiele ciekawsza, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. W każdym człowieku jest coś, co warto odkryć. A czasem właśnie dzięki temu odkrywamy również coś, czego wcześniej nie dostrzegaliśmy w samych sobie.
Rzadko spotykamy człowieka, który jest naprawdę zwyczajny.
Petr Fuksa
Mezinárodní trenér a propagátor pétanque
Autor Online školy pétanque
E-mail: fuksa@petanque-pro-vas.com